Pomysł na Sylwestra w Polsce
Sylwestrowy remanent
Liście rozpoczęły jesienne wirowanie, przybyło leniwego wieczoru i musiało paść to pytanie: „Gdzie tym razem chcesz mnie zaciągnąć na Sylwestra?” – mąż miały przy tym minę człowieka pogodzonego z losem, który chciałby jedynie wiedzieć, jakiego rodzaju torturom tym razem zostanie poddany. Ten typ tak ma – zawsze przygotowany na najgorsze. Jakież to niesprawiedliwe! Jakże mnie to zabolało! Przecież, jak mu nie pasuje, niech się choć raz wykaże i niech organizuje! Niech organizuje, a ja sobie wpadnę na gotowe i z przytupem.
Zresztą co ma mi do zarzucenia? Kreatywność, wyobraźnię, bo z pewnością nie ekstrawagancję! Na Sylwestra zawsze gdzieś wyjeżdżaliśmy, bo dawno temu zgodziliśmy się co do tego, że do witania Nowego Roku na kanapie i przed telewizorem musimy dojrzeć. A póki co próbujemy tego i owego, a że ktoś musi być kapitanem, a ktoś okrętem – taki jest rzeczy porządek. Ja nie mam nic z dyktatora, wprost przeciwnie – wsłuchuję się w oczekiwania, zanim cokolwiek postanowię. Tyle że jesienią wstępuje we mnie niespokojny duch i każe mi szukać czegoś nowego.
Były więc wypady blisko i daleko, w poszukiwaniu zimy i w poszukiwaniu lata. Próbowaliśmy sylwestra w mieście i na wsi na końcu świata. Czy to była udręka? Czy ktoś ciągnął kogoś na siłę? A ostatni sylwester, kto się najbardziej napalił – mąż! Chciałeś sobie przypomnieć studenckie czasy, proszę bardzo, mówisz i masz…
Sylwester w Bieszczadach
Starą ekipą zaszyliśmy się w Bieszczadach, w nowo otwartej, a właściwe testowanej na nas agroturystyce. Pojechaliśmy w 3 samochody, w czwartym zmieściła się tylko Ewa i nasz prowiant. Gospodarze, bardzo mili ludzie i podekscytowani rozpoczęciem działalności, nieba chcieli nam przychylić – śnieg spadł na czas, zrobiło się bajkowo, a stary, dobry Krzyś nie wypuszczał z rąk gitary. Trzeszczały polana w ogromnym kominku, pachniało imbirową herbatą… Luzackie ciuchy i góra kanapek zamiast wykwintnych przekąseczek na ząbek. Czego chcieć więcej!
No dobrze – było trochę więcej. Gdzieś niedługo po szampańskim powitaniu Nowego Roku, życzeniach i podjęciu dzikich tańców, jak nie huknęło w piecu, jak nie trysnęło wodą z grzejników! No po prosu awaria centralnego i zalana kuchnia. Gospodarze ratowali, przeklinali nawzajem na siebie, bo czegoś tam ktoś nie sprawdził itp. Woda zakręcona do odwołania. Dobry humor prysnął i szybko dąsy opanowały resztę ekipy, tym bardziej że nikomu nie uśmiechało się chodzić do wygódki na zewnątrz. Zmierzaliśmy ku katastrofie, i wtedy sprawy w swoje ręce wziął on – mąż inżynier. Zabrał się do zarządzania kryzysowego i naprawy. Przed świtem o dziwo wszystko znowu działało, a jego okrzyknięto geniuszem, zbawcą, nominowano do Nobla i przyznano wieczną miejscówkę, jak będzie mnie miał dość. Uśmiechnął się z przekąsem, gdy mu to przypomniałam, bo niby liczył na leniuchowanie w fotelu, ale w końcu rzadko rozpoczyna się Nowy Rok jako bohater.
Blichtr wielkich miast – sylwester w Krakowie
Rzeczywiście przez kilka poprzednich lat wyciągałam go na sylwestrowe maratony w klubach. Mieszkańcy średniej wielkości miast pewnie tak mają – stolica, blichtr, świetna muzyka, tęcza fajerwerków, wydziwiane potrawy – no przecież miło… A w Nowy Rok leniwy wypoczynek, spa, basen. Za to oboje lubimy nasze miasta: Warszawę, Poznań, Wrocław i oczywiście Kraków – tam po prostu jest 100% zabawy, która się udziela. Tańczysz w pubie, na ulicy, na rynku. Wszystkim życzysz szczęśliwego Nowego Roku i czujesz, że musi być dobry, jeśli 100 ludzi cię wyściskało i wypiło z tobą brudzia. Jedno małe „ale” – ruletka towarzyska.
Trzy lata temu wykupiliśmy sylwester w krakowskim hotelu i byłoby cudownie, gdyby nie drętwota naszego towarzystwa na samym balu sylwestrowym. Nic się nie dało zrobić, rozmowa się nie kleiła, schodziła ciągle w niebezpieczne rejony – na politykę, na biznesy. Mieliśmy dość natrętnego gestykulowania pana i świdrujących oczu jego milczącej żony. Nic nam nie zostało, jak przetańczyć całą noc, a do stolika wracać tylko po drinka. „Tak było” – mąż kiwa głową i dodaje – to wtedy stwierdziłem, że taniec jest jednak sportem ekstremalnym. Nad ranem wyszliśmy na planty zaczerpnąć powietrza– miasto zasypiało, a tu nie wiadomo skąd, może z mgły, wyrosła przed nami dorożka. Powiedziałeś: jeśli dorożkarz nas przewiezie, to szczęścia nam wystarczy na cały Nowy Rok. I pojechaliśmy Starym Miastem, dogasały tu i ówdzie imprezy, a mnie się wydawało, że cofnęliśmy się w czasie, do lat 20-tych ubiegłego wieku. Że przytrafiła nam się przygoda jak bohaterowi „O północy w Paryżu” Woddy’ego Allena. Nie śmiej się, takie rzeczy w Krakowie też się zdarzają.
Sylwester w Gdańsku
Muszę też przypomnieć, że ambitnie realizowałam twoje upodobania w Gdańsku – koncert sylwestrowy w Filharmonii Bałtyckiej – wszystkie melodie, które „pan retro” nuci pod prysznicem. Było przepięknie, zachwyt udzielił się nawet mej rockowej duszy. Czyli Sylwester był po twojemu, aż do końca. Nie zaprzeczaj – było kulturalnie i romantycznie, a potem tę wspaniałą dawkę muzyki, która zdominowała serca i umysły, neutralizowałeś do rana dereniówką i kiszonymi ogórkami w towarzystwie szwagra. Mnie i siostrze nie pozostało nic innego jak dłużej na to nie patrzeć, więc zgarnęłyśmy resztą bandy i ruszyliśmy na Stare Miasto, rozgrzane jeszcze imprezą i gorącym grzańcem. Gdańsk w świątecznej iluminacji jest szczególnie piękny. Zostaliśmy jeszcze parę dni i w końcu odwiedziliśmy Kaszuby, a brak śniegu zrekompensował nam rejs statkiem i bardzo piękna pogoda.
Powtarzasz często, że gdybyś miał się urodzić po raz drugi, to tylko jako góral w Tatrach. Czy potrafisz policzyć, ile razy świętowaliśmy w górach albo choćby w samym Zakopanym? Często, bardzo często i to nie tylko w Sylwestra i nie tylko w zimie. Rzeczywiście każdy z nas miał, co lubi: ty szusowałeś na stoku albo na skuterach śnieżnych, a ja miałam swoje lodowisko, basen, a niedawno szusuję jak Justynka Kowalczyk. Odkryłam, że narciarstwo biegowe jest w sam raz dla mnie, a w okolicach stolicy Tatr są przepiękne trasy biegowe. Nigdy też nie znudzi mi się kolejka na Kasprowy, ani białe misie czy pogawędki z góralami handlującymi oscypkami. Do tego kulig w Dolinę Kościeliską i góralska potańcówka. Musisz przyznać – co do gór byliśmy zawsze zgodni. Ech, żeby tak tylko trochę mniejszy tłok, bo do Zakopanego w okresie noworocznym przyjeżdża z roku na rok coraz więcej ludzi.
Nowy Rok w polskich górach – Zakopane, Żywiec
Z tego powodu już dwa razu obraliśmy kierunek na Żywiec i okolice. To też był twój pomysł – udany, co podkreślam. Okolice Żywca nie ustępują w zimie urodą zakopiańskim miejscowościom, ośrodki wczasowe nad Jeziorem Żywieckim mają wspaniałe oferty, a ty masz Korbielów, Szczyrk czy Zwadoń i możesz szusować na nartach do woli. Ja uwielbiam żywieckie Stare Miasto, nawet nie przypuszczałam, ile tam jest zabytków, uroczych zakątków i oczywiście spacery nad jeziorem. W Sylwestra bal, a potem kilka dni wypoczynku głównie w plenerze – odpoczęliśmy wspaniale. A pamiętasz Jukaców napotkanych w Nowy Rok? Nie wiedziałam, że to lokalni kolędnicy i trochę się przestraszyłam, jak nas otoczyli na żywieckim rynku. Takich strojów jeszcze nie widziałem – przedziwne, bardzo kolorowe, a do tego wysokie, szpiczaste czapy. Żarty się ich trzymają, a życzenia wierszem mówią. Twierdzili, że wszystkie nasze się spełnią pod warunkiem, że cały rok będziesz pił piwo z Żywieckiego Browaru — prawie ci się udało.
– No już dobrze, dobrze, zrobiłaś remanent. To gdzie w tym roku poszukamy wróżby noworocznej?
Nadesłała Anita z Piotrkowa
Jeśli chcą się Państwo z nami podzielić wrażeniami z Sylwestra, urlopu noworocznego – piszcie do nas, chętnie opublikujemy Wasze wspomnienia.



